wtorek, 9 lipca 2013

Rozdział 4 Teraz jest lepiej. Łatwiej się żyje. Nie martwisz się o jutro, nie czujesz nic oprócz żądzy zemsty i zapachu śmierci.

Rozdział 4 

Teraz jest lepiej. Łatwiej się żyje. Nie martwisz się o jutro, nie czujesz nic oprócz żądzy zemsty i zapachu śmierci.

♫ ♫ ♫ ♫ ♫ ♫ 



*Liam*

Jestem zdezorientowany. Ta dziewczyna. Ona, ona mnie przeraża. Wpada do nas do domu, potem zabija trzy osoby, patrzy na nas przeszywającym wzrokiem, a potem gada jakby nigdy nic z Niall'em. Ja już zgłupiałem. Uratowała nas czy nie? Niby nic nam nie robi złego, ale nadal nas nie rozwiązała. Ta sytuacja jest dziwaczna. Boję się...



*Louis*

Ta dziewczyna jest bardzo tajemnicza. Intryguje mnie, ale też przeraża. Bez żadnych skrupułów zabiła trzy osoby. Chyba, że jest tak dobrą aktorką, że nie dała po sobie poznać, że się tym przejęła. Nie mam zielonego pojęcia. No ale w sumie to nie jest taka zła. Bo patrząc z pozytywnej strony, wiemy, że nas nie zabije. Prawda? Przecież nas uratowała. 



*Harry*

Wiecie co pomyślałem jak po raz pierwszy ujrzałem tą dziewczynę? "Dobra dupa. Szkoda tylko, że znalazła się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze. Taka ślicznotka, mam nadzieję, że jej oszczędzą ci gangsterzy." Ale teraz nie mam najmniejszego pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. Ona jest niebezpieczna. Zabiła trzech mężczyzn, w dodatku starszych i silniejszych od niej. Kim ona do cholery jest? Gdy tu weszła w oczach tych gangsterów widziałem strach, panikę i wielkie zdziwienie. Czy oni bali się tej kruszynki? Bo ja tak. I to jeszcze jak!


*Niall*

Wiecie co? Ja się jej nie boję. Wiem, że to może wydawać się wam dziwne, bo zabiła trzech mężczyzn i w ogóle. Ale działała w słusznej sprawie. Uratowała nas. Nie byliśmy niczego winni więc działała po stronie dobra. Ci, których postrzeliła nie byli za "święci". Bo kto normalny załatwia takie sprawy poprzez przemoc? Przecież nikt nikogo nie może zmusić do miłości. A poza tym... Kto z takimi pięknymi oczami mógłby być zły? Co? Jak dla mnie ona jest fajna. Czuję, że się zaprzyjaźnimy. Wiem, że ona jeszcze nie jedno dla nas zrobi... Jest taka kochana. Naraziła siebie i swoje życie dla nas...


*Zayn*

Ja... ja nie wiem co powiedzieć. Czy to jest ona? Czy to jest moja Dalajlana? Przecież... przecież to niemożliwe. Jak? Jakim cudem ona tu jest? Dlaczego? Dlaczego przejęła fach po swoim ojcu. Przecież kiedyś nie chciała, za żadne skarby nie chciała być szefem takiego gangu. A teraz ona siedzi przede mną i tak bardzo jest mi jej szkoda. Widzę jej przerażający wzrok, który kiedyś patrzył na ludzi przyjaźnie. Jej piękne oczy wyrażające ból, a nie jak dawniej radość. Jej kruchą, ale tak silną sylwetkę. Jej piękną twarz, pokrytą delikatnie piegami, na której maluje się teraz chęć zemsty i determinacja. Słyszę jej przeraźliwie ostry ton głosu, którym kiedyś bez przerwy mnie rozśmieszała, mówiąc co chwile jakieś dowcipy. A to wszystko moja wina. Moja i tylko moja. Bo ją zostawiłem samą. Myślałem, że urywając z nią kontakt uchronię ją przed tym wszystkim. Myliłem się i to jak. Pogorszyłem sprawę i nic więcej. Ja... ja chciałem chronić tylko osobą, na której mi zależy i którą kocham ponad życie... Ale zniszczyłem ją. Nieświadomie, ale to zrobiłem. 




*Dalajlana*

Siedziałam w salonie w domu pewnego zespołu. Wpatrywałam się w nich przeszywającym głosem, a oni jak tylko mogli unikali go. To tak jakby jedno moje spojrzenie w ich oczy miało ich zamrozić. Fajne, ale niemożliwe. Oni najwyraźniej mnie się bali do tego stopnia, ale ja im nic nie zrobię. To, że ich nie rozwiązałam nie oznacza, przecież, że ich od razu pozabijam. To tylko konsekwencje, których chyba już wystarczy.

-Nie bójcie się mnie. Nic wam nie zrobię.- powiedziałam łagodniejszym głosem.

-Nie?- spytał zaskoczony chłopak w lokach.

-Nie.- odparłam.

-To dlaczego nas nie rozwiążesz? - zapytał po chwili chłopak w bluzce w paski.

-Przecież Blank za nic was by was nie przetrzymywał. Konsekwencje.

-My nic nie zrobiliśmy.

-Nie? Ja myślę, że jednak ktoś musi być przyczyną całego tego zajścia.- powiedziałam obdarzając po raz pierwszy wzrokiem Zayn'a, który złapał moje spojrzenie, patrząc na mnie ze smutkiem i żalem.

-Ale to jest bez sensu. Całe to zajście.- dodał lokowaty.

-Też tak myślę.- dodałam oglądając pokój dookoła i przyglądając się ogrodowi przez stłuczone okno.- Powinniście załatwić sobie jakieś porządne zabezpieczenia przed włamaniem. Dziwne, że nie macie nic takiego.

-Mówili, że nie potrzebne, bo to bardzo spokojna dzielnica. I nie było jeszcze tu żadnego włamania.- powiedział chłopak obcięty na krótko. Zdecydowanie muszę nauczyć się ich imion.

-Bo to prawda. Nie dopuszczę nigdy by komuś z mojego terenu coś się stało.- odrzekłam.

-Z twojego terenu?- spytał zszokowany loczek.

-Tak.

-Ale jakim cudem?- ciekawił się dalej.

-Normalnym. Mieszkacie na moim terenie. 

-Ale dlaczego o tym nie wiedzieliśmy?- oj zaczyna mnie on już wkurzać.

-Nie wiesz, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła? -zapytałam się go.

-Ty i tak tam trafisz. Zabiłaś trzy osoby!- wykrzyknął kędzierzawy, a po chwili usłyszałam stłumiony głos pasiastego, który kazał mu się zamknąć.

-Ja nikogo nie zabiłam.- warknęłam.

-Ale jak to? Przecież oni... oni... dostali.- tym razem odezwał się chłopak, który uspakajał lokowatego.

-To, że dostali nie oznacza, że nie żyją. Wyjdą z tego za kilka dni, a wtedy wy będziecie musieli uważać. To są niewielkie rany. Zobaczycie.

-Żartujesz, prawda? To są małe rany?- spytał zdziwiony loczek.


-No tak.- odparłam obojętnie, dodając po chwili- Chyba mało w życiu widziałeś...


-Chyba tak.- podsumował, a w pomieszczeniu zapadła cisza. Mi to nie przeszkadza.


-A co miałaś na myśli, mówiąc, że będziemy musieli uważać?- spytał chłopak z włosami obciętymi krótko.


-Drogi...- zaczęłam i zrobiłam przerwę nie wiedząc jak ten chłopak ma na imię.


-Liam.- podpowiedział mi.


-A więc. Drogi Liam'ie: oni tak łatwo nie odpuszczą.


-Co masz na myśli?


-To, że wkrótce znowu tu zawitają, bo uraziłam ich dumę i będą się chcieli odegrać za wszelką cenę.


-Ale... ale w jaki sposób?


-Włamią się kilka razy, okradną, możliwe, że was pobiją, albo uszkodzą w trwały sposób...- zaczęłam wymieniać.


-Co? I ty tak spokojnie o tym mówisz? Przecież oni mogą nas zabić! Jak my się mamy przed takimi bandziorami bronić?- krzyknął lokers.


-Ciszej. Stoję obok. -upomniałam go.

-Może zgłosimy to na policję, zaczną ich szukać, a nam dadzą obstawę.- wycedził zmartwiony Liam na co zaczęłam się śmiać, a wszyscy spojrzeli na mnie zaskoczeni.

-Z czego ty się śmiejesz?- spytał wkurzony loczek.

-Z was. Z waszej głupoty.- odparłam, a widząc ich zdezorientowane miny dodałam- Myślisz, że oni się policji będą bali to jesteś w błędzie. Będzie na odwrót. Policja wam nawet nie pomoże. 

-A to dlaczego? Przecież ciebie się bali to policji tym bardziej.- stwierdził kędzierzawy, a ja znowu się zaśmiałam.

-Jak ty mało jeszcze wiesz.- dodałam czochrając mu włosy.- Nie wiesz kim jestem, ani na co mnie stać.

-Widziałem.

-To nie wszytko.- powiedziałam, a w pokoju po raz kolejny zapadła błoga cisza, jednak po chwili przerwał ją zmartwiony Liam. Och, jaki on troskliwy. 

-To co my mamy zrobić?

-Nic.- odrzekłam.

-Jak to nic?

-Wy nic. Zostawcie to mnie. Wszystkim się zajmę.- odpowiedziałam.

-Ty? Ty nam pomożesz? 

-Tak. Nie zostawiam ludzi w potrzebie. A poza tym to mój teren i nikt nie będzie mi się wpier*alać w interesy.

-Ale co zrobisz?- pytali dalej ciekawi.

-Im mniej wiecie tym lepiej. Ale będziecie bezpieczni. Jak będzie wam coś groziło to zawsze ktoś się tu zjawi. 

-Skąd będziesz wiedziała kiedy będzie nam coś grozić?

-Mam swoje źródła. Mam kontakty na całym świecie, a Londyn to pestka.

-I co? Każdy tak ci wszystko mówi? 

-Tak, inaczej spieprzyliby sobie życie, ale w swoim czasie się przekonacie o co mi chodzi.

-Przerażasz mnie.- stwierdził Liam.

-O to w tym wszystkim chodzi.- posumowałam, siadając na kanapie wpadając w wir myśli, z których wyciągnął mnie ON:

-Nie będziesz się narażać dla nas.- stwierdził.

-Nie będziesz mi mówić co mam robić.- warknęłam.

-Nie chcę żeby cię zabili.

-Nie zabiją mnie, ewentualnie ja ich. Po za tym panuje tu prosta zasada: Oko za oko. Ząb za ząb. Życie za życie. Podsumowując  nikt nie wpier*ala się w moje życie i nie łamie moich zasad.

-Kiedyś taka nie byłaś. Ja Cię przepraszam. Chciałem dobrze.- zaczął Zayn.

-Jakoś ci nie wyszło. Ale wiesz... Teraz jest lepiej. Łatwiej się żyje. Nie martwisz się o jutro, nie czujesz nic oprócz żądzy zemsty i zapachu śmierci.- postraszyłam go trochę koloryzując swoje życie. Spojrzałam na niego ostrym wzrokiem i zauważyłam, że łza kręci mu się w oku, a twarz ma smutną i ponurą. Wziął na siebie odpowiedzialność moich czynów.

-Dziewczyno, nie mów tak. Nie byłaś taka.

-Byłam. Zwyczajnie mnie nie poznałeś dobrze i już nigdy nie poznasz.- powiedziałam wyciągając nóż z kieszeni i kierując się z nim w stronę Malika, po drodze słyszałam tylko krzyk "Nie rób tego", ale było już za późno. Podeszłam do niego i.......






Witam, witam was kochani! :*

Jak się podoba rozdział? 

Właśnie skończyłam go pisać. W sumie to dziś napisałam cały, wczoraj jedynie kilka zdań miałam i nie mogłam nic wymyślić, ale dziś miałam jakiś taki napływ weny i oto jest rozdział 4.

Proszę o komentarze!

Zachęcam też do oglądania i komentowania zwiastuna.

Linka na yt:




poniedziałek, 8 lipca 2013

Zwiastun bloga "I have got war in my mind!"

Hejka!

Dziś wieczorem z nudów postanowiłam trochę pobawić się Windows Movie Maker i stworzyłam coś takiego:






Jak się wam podoba to "cudeńko"? 

To mój pierwszy filmik i proszę was o szczerą opinię.

Pozdrawiam

Dija;)



czwartek, 4 lipca 2013

Rozdział 3 Gdyby nie on nie byłabym tym kim jestem.

Rozdział 3

Gdyby nie on nie byłabym tym kim jestem.



*Scott*

Zbliżała się godzina 18 i zaraz musieliśmy ruszać na miejsce dzisiejszej "akcji". Była ona doskonale zaplanowana, nie mogło coś pójść nie tak. Wszystko jest zrobione w ten sposób, aby nikt spoza naszego gangu nie dowiedział się o naszych planach. Nikt. Każdy z pewnością poinformowałby JĄ, każdy. Mam nadzieję, że nic nie wie i, że się nic nie dowie, bo wtedy będzie już po mnie. Tak, wiem, że tchórzę, ale jest się naprawdę czego bać. Ona jest niesamowita w tym co robi, a do tego patrząc na jej wiek jest naprawdę za młoda na swoje stanowisko. Jednak ma dziewczyna potencjał. W wieku 18 lat zna ją każdy z naszego fachu, może nie osobiście, ale na pewno o niej słyszał. Jest dla wielu przykładem i autorytetem, ale także w pewnym sensie postrachem...

Kwadrans po osiemnastej wyruszyliśmy czarnym BMW do naszego dzisiejszego celu. Na akcję nie brałem wielu osób, żeby pozostać mniej niezauważalnym, chociaż przyznam, że więcej niż 5 osoby by nam się przydało. Pojechał ze mną Will, Matt, James i Alex- najlepsi. Równo wpół do 19 stanęliśmy pod wielką willą. Czas rozpocząć tą ryzykowną akcję.

-Will i Matt wchodzą ze mną do środka domu, a wy dwaj obstawiacie dom dookoła. Pilnujcie, aby nikt tutaj nie wszedł.-powiedziałem szybko- Gotowi?- zapytałem, a oni skinęli głowami i już ich nie było. Zaczęliśmy wykonywać swoją pracę...


*Dalajlana*

Dochodziło wpół do dziewiętnastej a my już czekałyśmy, schowane za drzewami aż nasi przeciwnicy wysiądą i się rozdzielą. Długo nie musiałyśmy czekać. O równej 18.30 czarne BMW podjechało pod willę zespołu (szczerze mówiąc nawet nie wiem jakiego). Po chwili wysiadło z niego 5 mężczyzn, między innymi Scott- szef i się rozdzielili. Scott, Matt oraz Will (tylko tych znałam) weszli do środka a dwóch pozostałych obstawiało dom.

-Dziewczyny ja wchodzę do środka, a wy zostajecie na zewnątrz i pozbywacie się tych dwóch.- wydałam rozkaz.


-Ale nie możesz iść tak sama. Pomożemy Ci.- odezwała się Layla.


-Nie. Ja wchodzę, a wy zostajecie.- potwierdziłam swój rozkaz.


-Okej. Trzymaj się.- powiedziała Jess, gdy zbliżałam się do drzwi domu.


-Wy też.- odpowiedziałam, po czym się rozdzieliłyśmy. Było nas trzy na pięciu. Ale damy radę. Jesteśmy bardziej wyszkolone niż oni. Pomijając fakt, że jesteśmy kobietami. Wygramy.



*Scott*

Rozdzieliliśmy się. Ja, Will i Matt po cichu weszliśmy do środka. O dziwo drzwi były otwarte. Myślałem, że będziemy musieli się włamywać, ale o dziwo poszło nadzwyczajnie prosto. Na pierwszy rzut oka widać, że mieszka tutaj kilkoro chłopaków. W domu nie było za czysto. Wszędzie się coś walało, ale teraz nie jest to istotne. Oni, a dokładniej on musi ponieść konsekwencje swoich czynów.

Powoli zbliżaliśmy się do pokoju, z którego dobiegały krzyki. Stwierdziłem, że są tam wszyscy, cała piątka. Nie było to trudne. Wystarczyło uważniej się przysłuchać, a dało się rozróżnić bez szczególnego trudu pięć głosów. 
Zakradliśmy się tak, że nas nie zauważyli, ani nie usłyszeli, co spowodowane było wysoką głośnością telewizora oraz ich głośnymi rozmowami. A poza tym na pewno nie spodziewali się tego typu "gości". Wręcz idealne warunki do pracy. Nieprawdaż?

Odwróciłem głowę do chłopaków, którzy szli zaraz obok mnie i cicho skinąłem głową, co oznaczało "teraz" i rozpoczęcie cierpień. Złapaliśmy chłopaków tak, aby nie mogli się ruszyć. Will dwóch, Matt też, a ja przygwoździłem Zayn'a (bo wiedziałam tylko jak on wygląda) do krzesła i unieruchomiłem. Nie stawiał sprzeciwu, był zaskoczony. Zgłupiał. Nie wiedział co się dzieje. Pozostała czwórka trochę się szamotała ówcześnie widząc co się dzieje z głównym celem naszej wizyty, ale po chwili chłopaki skutecznie ich obezwładnili, kolejno przywiązując do krzeseł. Teraz nie mieli żadnych szans na ucieczkę czy wezwanie jakiejkolwiek pomocy. Zero. Nic. 


-Czego chcecie? Pieniędzy? Dam wam nie ma sprawy, ale nas puśćcie.- wykrzyknął Mulat.


-Nie. Nie przyszliśmy po pieniądze.- odparłem spokojnie.


-To po co?- warknął.


-Po to, abyś poniósł konsekwencje swoich czynów. 


-Co?- spytał wściekły i zdezorientowany.


-To co słyszałeś. Konsekwencje.


-Co ty pieprzysz? Jakie konsekwencje?- krzyknął po raz kolejny.

-Nie musisz krzyczeć, stoję obok i  zapewniam Cię, że mam doskonały słuch.- powiedziałem w pełni opanowany.


-Jak mam nie krzyczeć, skoro jakaś pieprzona gangsta wpie**oliła mi się do domu i przetrzymuje?


-Po pierwsze: trochę szacunku. Po drugie: my was nie przetrzymujemy. Nadal jesteście u siebie, my jedyne nieco zmniejszyliśmy wam swobodę poruszania się.- warknąłem.


-I jeden chuj.


-Jak powiedziałem: szacunek. Więc odzywaj się trochę milej.- upomniałem go, dodając szybko zaraz, widząc, że chciał coś powiedzieć- A teraz posłuchajcie uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzał.





*Dalajlana*

Weszłam do środka i jak zdążyłam zauważyć Blank rozpoczął już swoją akcję. Ach, co za kretyn. Aż mi go żal. Nie zaplanował tego perfekcyjnie. Stałam i przysłuchiwałam się ich ostrej wymianie zdań. Najwidoczniej jeszcze nie spostrzegli, że tu jestem. To dobrze. Mogłam poznać sedno sprawy. Lubię wiedzieć, co jest przyczyną przykrej sprawy. Uśmiechałam się cwaniacko dopóki nie usłyszałam głosu. Jego głosu. Głosu, który mrozi mi krew w żyłach. Po którym przeszedł mnie dreszcz, a moje myśli powędrowały daleko w przeszłość. To nie może być on, a choćby nawet to nie jest już taki sam. Ja też nie. Jednak po chwili powróciłam do rzeczywistości i w dalszym ciągu przysłuchiwałam się rozmowie, aby wyczuć idealny moment do przerwania akcji. Wysłałam tylko jeszcze krótkiego SMS, którego treść brzmiała "Będziesz potrzebny. Przyjedź jak najszybciej do....[adres]".

-I jeden chuj.

-Jak powiedziałem: szacunek. Więc odzywaj się trochę milej.- upomniał go, dodając szybko- A teraz posłuchajcie uważnie, bo nie będę dwa razy powtarzał. Nie wolno ranić mojej siostry.


-Ale ja nie znam twojej sios...- zaczął TEN głos- Ha.. Hannah?


-Tak, Hannah Sweet. Twoja była dziewczyna, którą rzuciłeś wczoraj dokładnie. I wiesz, jeżeli ona cierpi to sprawca jej cierpienia również. Taka kolej rzeczy. Więc chcąc nie chcąc, ty też musisz. Nie ma wyjątków. Będziesz musiał...- i tu zaczął wyliczać niezbyt pomysłowy Scott konsekwencje dla NIEGO. Było to coś typu: musisz to niej wrócić, robić co ona chce, zrobić z niej gwiazdę itp., bo jak nie to skończy niemiło. Ach, cudaśnie. Myślałam, że na więcej go stać.- Tak jak mówiłem: nie ma wyjątków.- zakończył swój monolog i wtedy wkroczyłam ja:


-Wydaje mi się, że w tym przypadku jednak zrobisz wyjątek.- powiedziałam stanowczym głosem, a wszystkie 8 par oczu zwróciło się ku mnie, patrząc zdziwionym i przerażonym wzrokiem. Każdy tam zgromadzony bał się mnie. Dziwne? Nie wiem.


-Co.. co ty tutaj robisz Dal?- spytał zszokowany Scott.


-O to samo mogę spytać ciebie Blank.- warknęłam.


-Ja tylko odwiedzam swoich przyjaciół.- wybrnął.


-Tak? To bardzo ciekawie wyglądają te twoje odwiedziny.


-No wiesz... każdy woli co innego.


-Tak, tu się zgodzę. Ja na przykład wolę porządek i zasady, a ty najwidoczniej wolisz wpie**alać się komuś w interesy.


-Yyy... tak wyszło.- zająkał się.


-Tak wyszło powiadasz... Tak wyszło. Ciekawe... A co ty na to, żeby tak całkiem przez przypadek wyszło tak, że tegoż otóż przepięknego wieczoru skończyłbyś swój marny żywot.- zaproponowałam.


-Wolałbym nie.


-Wolałabym tak. Przynajmniej nikt nie wpieprzałby się na mój teren.


-Musiałem.


-Nic musiałeś. Nie mogłeś. A jednak złamałeś zasady.


-Tak, ale to był jeden jedyny raz.


-A mam pewność, że drugi raz się to nie powtórzy?


-Yyy.. to ten.. tak.- wydukał w końcu.


-Nie.- odpowiedziałam ostro, przyglądając się mojemu przeciwnikowi, który delikatnie skinął głową, dając tym samym znak swoim kompanom, aby mnie zaatakowali, ale mnie się nie da przechytrzyć. W ułamku sekundy sięgnęłam po pistolety. Jednym celowałam w Scotta, a drugim w Willa i Matta, którzy podążali już w moim kierunku, aby mnie obezwładnić. Co? Myśleli, że jak dziewczyna to się nie umie bić? Myśleli, że jak dziewczyna to nie zabije? Błąd, ogromny błąd.


 Wycelowałam w Willa. Nacisnęłam spust. Kula poszybowała w powietrzu trafiając go prosto w rękę. Padł.


Wycelowałam w Matta. Nacisnęłam spust. Kula poszybowała w powietrzu trafiając go prosto w udo. Padł.



Wycelowałam w Scotta. Nacisnęłam spust. Kula poszybowała w powietrzu  po torze, który zmieniłam w ostatniej chwili. Trafiłam w okno. Szyba rozprysła się na miliony kawałeczków, przestraszając przy tym cały zespół. Każdy wpatrywał się we mnie ze strachem w oczach, nawet Blank. Mierzyliśmy się ostro wzrokiem. Panowała cisza, którą po chwili przerwał dźwięk nadchodzących dziewczyn. Weszły do środka i nawet one były zszokowane tym co zrobiłam. 


-Dal....-zaczęła Layla, ale ja jej przerwałam.


-Transport załatwiony. Przewieźcie ich w odpowiednie miejsce, wszystkich  pięciu.- powiedziałam naciskając spust i celując wprost na Blanka, dwa razy pod rząd. Trafiło go. Dostał. Był ranny. To się liczyło. Nie mógł zaatakować ze zranioną nogą i ręką. Dziewczyny po 5 minutach pozbyły się już rannych odwożąc ich tam gdzie ich miejsce. Zostałam sama. Sama z czwórką nieznajomych chłopaków i NIM, winnym całego dzisiejszego zdarzenia. 


Gdyby nie on nie byłoby tej dzisiejszej akcji.

Gdyby nie on nikt by nie ucierpiał.
Gdyby nie on nie byłabym tym kim jestem.
Gdyby nie on nie żył by już.
Gdyby mnie wtedy nie zostawił dziś bym ich nie uratowała.

Życie za życie.

Mój przegrany los za jego szczęście.
Mój ciężki grzech za cztery osoby i JEGO.
To wszystko przez NIEGO.


Usiadłam na sofie bacznie przyglądając się całej czwórce. Tylko jego nie zaszczyciłam swoim spojrzeniem. Nie zasługiwał. Konsekwencje. 


Nadal siedzieli związani na krzesłach. Nie miałam zamiaru na razie ich oswabadzać Konsekwencje to konsekwencje. 



-Dziękuję Ci.- odrzekł nieśmiało blondyn z niebieskimi oczami, ale gdy zobaczył, że na jego słowa się uśmiechnęłam dodał po chwili- Masz śliczne  oczy. Są takie podobne do moich.- pozostali z zespołu zwrócili się do niego mrożąc go wzrokiem. Bali się. Bali się mnie. Bali się, że coś mu zrobię. Nie miałam zamiaru ich krzywdzić, jedynie trzymać w takim przekonaniu.- Dziękuję Ci jeszcze raz.- powiedział po chwili przerwy. Wstałam z kanapy i podeszłam bliżej nich zapalając papierosa. Oglądałam ich twarze (oprócz  JEGO twarzy) w celu zobaczenia czy nie mają żadnych ran. Nie mieli to dobrze,


-Interesujące... nie macie ran- podsumowałam jego wypowiedź  wypuszczając dym prosto na twarz chłopaka z loczkami.- Proszę.-dodałam, spoglądając na blondyna. Wyciągnęłam ku niego rękę i się przedstawiłam:


-Dalajlana.


-Niall.- powiedział wyciągając rękę na tyle ile mógł uśmiechając się przy tym.


-Miło mi Cię poznać.- dodałam poluzowując sznurek, którym był przywiązany do krzesła.


-Mi Ciebie również. 


-Jak się masz?- spytałam kucając obok blondaska.


-Głodny jestem.- stwierdził, a na jego słowa usłyszałam ciche szepty, który niosły przesłanie "Nic nie mów. Głupi jesteś. Jeszce Cię zabije.".


-Słyszałam.- powiedziałam odwracając głowę do chłopaka o ciemnych blond włosach i ciemnych oczach.- Co byś zjadł?- zapytałam odwracając głowę do Nialla.


-Hmm, pizzę. Jest w kuchni.- powiedział po dłuższym zastanowieniu się, po czym bez słowa wyszłam z pomieszczenia. Poszłam do kuchni, wzięłam pizzę i wróciłam do salonu. Podeszłam do blondynka podając mu 3 kawałki pizzy.


-Dziękuję. Jesteś wielka.- powiedział zajadając przysmak.


-Proszę.- odpowiedziałam znowu siadając na sofie i bacznie się im przyglądając. Jestem ciekawa ile tak wytrzymają.


-A jak tam u ciebie?- spytał po chwili Niall, gdy kończył już jeść drugi kawałek pizzy.



-Dobrze.







Witam was kochani!

Jak się wam podoba rozdział?

Proszę o komentarze. To naprawdę ważne.

Zapraszam na zwiastun.

















Zwiastun bloga


Ta dam!
Przedstawiam wam zwiastun tego bloga:





Bardzo dziękuję Kadu za wykonanie tego zwiastuna.
Jesteś wielka.



Warto składać u nich zamówienia.
Nie zawiedziecie się,

Gorąco polecam!



Jak się wam podoba zwiastun?

Pozdrawiam

Dija:)


piątek, 28 czerwca 2013

Rozdział 2 Ona mi nie pozwoli...

Rozdział 2

Ona mi nie pozwoli...



*Hannah*

Jak on mógł? Dlaczego tak postąpił? Było mu źle? Nie wiem, ale wiem, że teraz  przeżyje piekło.

Po wyjściu z parku, wsiadłam do taksówki i pojechałam do mojego przyrodniego brata. Po 30 minutach wysiadłam pod jego willą. Było bogaty, nawet bogatszy niż niejeden celebryta. Nie dziwię się. W końcu nie każdy prowadzi takie interesy jak on. Nie każdy ma takie stanowisko. Niebezpieczne, ale ustawia na całe życie. Masz zapewnione pieniądze, wiesz, że  nikt cię nie tknie, bo się ciebie boją. Fajnie, nie?

Podeszłam pod drzwi i zadzwoniłam dzwonkiem. Po chwili drzwi się otworzyły i ukazał się w nich Scott Blank- szef gangu i mój przyrodni brat. Na mój widok kąciki ust podniosły się mu ku górze.

-Witaj Hannah. Co cię do mnie sprowadza?- spytał.

-To co zazwyczaj.- odpowiedziałam posyłając mu uśmiech.

-A więc zapraszam do środka.- powiedział i wszedł w głąb mieszkania, a ja podążyłam za nim. 

Jego dom urządzony był w ciemnych kolorach, ale mimo to był przytulny. Miał dwa piętra i my własnie podążaliśmy na drugie piętro do jego gabinetu. Weszliśmy do środka i od razu uderzył we mnie zapach papierosa. Usiadł za biurkiem a ja na krześle na przeciwko niego. Odezwał się pierwszy: 

-Słucham? Co cię do mnie sprowadza?

-Mam dla ciebie zadanie. A mianowicie. Niejaki Zayn Malik zerwał ze mną. Chcę by cierpiał.- powiedziałam w skrócie, a on już wiedział co robić.

-Oj, Hannah. Nic się nie zmieniłaś. Zawsze w ten sam sposób rozwiązujesz problemy i za to Cię kocham.- zaśmiał się.

-Ciekawe po kim to mam.- powiedziałam, po czym prychnął.

-Dobra, potrzebne mi jest kilka informacji o nim.

-Wiem wszystko, co ty chcesz wiedzieć.

-I to mi się podoba. Podaj mi jego wiek.

-20.

-Czym się zajmuje?

-Członek boysbandu One Direction.

-Mieszka sam czy z kimś?

-Z czwórką chłopaków z zespołu: Harry Styles, Liam Payne, Niall Horan i Louis Tomlinson. 

-Gdzie mieszka?- spytał się, a ja mu powiedziałam. Wyraz jego twarzy automatycznie się zmienił. Jakby się czegoś przestraszały? Ale on? Nie możliwe.

-Niedobrze. Nie zrobię tego.

-Ale dlaczego? Zawsze mówiłeś, że mogę na ciebie liczyć.

-Bo tak jest. Ale nie w tej sprawie.

-Dlaczego?

-To nie mój teren.

-Co? Jaki teren?- spytałam zdenerwowana.

-Londyn podzielony jest na dwa tereny. Obrzeża, mniejszy teren, który należy do mnie i reszta Londynu, czyli centrum, najbogatsze dzielnice i tak dalej nie są moje.

-A nie możesz poprosić tamtego faceta o pozwolenie?

-Ona mi nie pozwoli.

-Ona? Dziewczyna jest szefem gangu?- spytałam zszokowana.

-Tak.- odparł krótko.

- I boisz się dziewczyny?

-Nie! Ja się nikogo nie boję. Nawet my mamy swoje zasady.Trzymamy się swojego terytorium. 

-Ile ona ma lat?

-18.

-Ma osiemnaście lat i rządzi takim terenem?

-Tak, jest naprawdę dobra w tym co robi.

-A jaka ona jest?- spytałam, widząc, że Scott jest dziś skoty do rozmów.

-Jest groźna, nikt się jeszcze jej nie postawił. Każdy kto się zajmuje tym zawodem o niej wie. Nawet na innym kontynencie. Jest wpływowa. Mam dar przywódcy i jest nieprzewidywalna.- widziałam, że jak o niej opowiadał w jego oczach pojawił się strach.

-Ty się jej boisz.- stwierdziłam.

-Nie, nie boję się jej.

-Boisz się.

-Nie.

-To dlaczego tego nie chcesz zrobić?

-Bo... bo to jest jej terytorium. 

-Ja i tak wiem, że się jej boisz.- powiedział po raz kolejny, a w pomieszczeniu zapadła cisza. Przyglądałam się Scottowi. Widziałam, że prowadzi teraz wojnę w swojej głowie. Nigdy nie łamał zasad, ale w tym wypadku zrobi to. Skąd wiedziałam? Nie chciał pokazać, że się boi. Mimo, że później czekają go problemy z jakąś osiemnastolatką. Śmieszne.

-Dobra. Zrobię to. Jutro przyjdzie czas zemsty.

-Dziękuję Ci. Jesteś wielki.- powiedziałam i wyszłam z jego domu z pełną satysfakcją. Resztę dnia spędzę na zakupach. Tak!



*Layla*

Siedziałam w pokoju z Jessicą, kiedy zadzwonił mój telefon. Dzwonił Greg- informator, co oznaczało, że coś się stało...

-Halo?- spytałam, a Greg zaczął opowiadać. Bo 10 minutach skończyłam z nim rozmawiać i usiadłam na łóżku krzycząc:

-K**wa! K**wa! K**wa! 

-Co się stało?- spytała Jess.

-Dzwonił Greg.

-I?

-I jutro Scott Blank wybiera się załatwić swoje porachunki z pewnym zespołem.

-No i co z tego?

-Oni mieszkają na naszym terenie.

-K**wa! - tym razem ona krzyknęła.

-No właśnie. Szefowa będzie zła.

- To mało powiedziane. Ona będzie wku**iona. Nie lubi, gdy ktoś wkracza na jej teren.

-Wiem, ale trzeba jej powiedzieć. Chodź.- powiedziałam i obie ruszyłyśmy do jej gabinetu. 





Siedziała na czarnym skórzanym krześle, nogi miała położone na drewnianym stoliku i patrząc się w okno paliła papierosa. Obserwowała krople deszczu spływajcie po zewnętrznej stronie okna. Zawsze tak robiła, gdy padało. Uwielbiała samotność, ale była też bardzo towarzyska.






-Jest sprawa.- zaczęłam przybierając służbowy ton głosy. Mimo, że się przyjaźniłyśmy zazwyczaj tak przy niej mówiłam. Była bardzo fajną dziewczyną.

-No co tam?- spytała uśmiechnięta, ale i poważna.


-Scott Blank wybiera się jutro na nasz teren załatwić swoje sprawy.- powiedziałam.

-Macie wszystkie potrzebne informacje?- spytała, nadal się uśmiechając, jakby ją to nie wkurzyło. Może miała dziś dobry dzień. 

-Oczywiście.

-W taki razie dziewczęta jutro mam misje. Przygotujcie się. 

-Okej. Planuje o 18.30.

-My przybędziemy o 18.31.

-Wiedziałam, że masz plan.- zaśmiała się Jess.

-Jasne, że mam. Załatwcie wszystko na jutro. Ja muszę wyjść. 

-Nie ma sprawy.- odpowiedziała Jessica, po czym poszłyśmy przygotować siebie i sprzęt na jutrzejszą misję. Będzie się działo. 




Cześć kochani.

I jak się wam podoba?

Mam nadzieję, że czytacie i zainteresowaliście się chociaż trochę tą historią.

Pod poprzednim rozdziałem nie było 5 komentarzy (szkoda), ale i tak postanowiłam dodać nowy rozdział z okazji rozpoczęcia wakacji! Tak

że to jest taki skromny prezencik.

Jak tam plany na wakacje?

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Rozdział 1 Start historii, która ma dwa początki...

Rozdział 1

 Start historii, która ma dwa początki...

♫ ♫ ♫ ♫ ♫ ♫ ♫ ♫ ♫ ♫ ♫ ♫


*Hannah*


Było ciepłe popołudnie, które postanowiłam spędzić na zakupach w centrum handlowym. Chodziłam od sklepu do sklepu, przeglądając dokładnie każdą półkę, nie mogąc przeoczyć żadnej okazji. Po 4 godzinach tej czynności postanowiłam zrobić krótką przerwę i napić się kawy. Ruszyłam w stronę mojej ulubionej kawiarenki i rzuciłam torby na krzesła, po czym usiadłam, a kelnerka podeszła do mnie  i złożyłam zmówienie, składające się z mojej ulubionej kawy Romano. Po kilku minutach dostałam swój napój podany ze świeżą skórką cytryny. Pycha. Gdy siedziałam i rozkoszowałam się smakiem Romany usłyszałam dźwięk, który oznaczał nadchodzące połączenie. Wyjęłam telefon z różowiutkiej torebki i odebrałam. Zdzwonił mój chłopak.

-Cześć kotku. Co tam?- spytałam słodziutkim głosem.

-Musimy się pilnie spotkać i bardzo poważnie porozmawiać.-odpowiedział stanowczym głosem.

-Ale co się stało?- spytałam zaskoczona.

-Spotkajmy się za godzinę w parku niedaleko twojego mieszkania.- powiedział poważnym głosem.

-Ale Zayn... Halo? Halo?- rozłączył się. No trudno. Dowiem się później. Dopiłam kawę do końca, zostawiłam pieniądze na stoliku i po zabraniu swojego nowego nabytku udałam się do domu, aby przygotować się na spotkanie z Zayn'em. Muszę ładnie wyglądać (z resztą zawsze tak wyglądam), bo pewnie przygotował dla mnie jakąś niespodziankę. Czuję, że będzie to niezapomniana chwila...  


*Zayn*

Już od 20 minut siedzę i czekam na Hannah. Jak zwykle się spóźnia. Pewnie już od godziny przygotowuje się na to spotkanie. Dla niej najważniejszy jest wygląd i to co inni o niej myślą. Zawsze chce być najpiękniejsza i najlepsza. Chociaż z drugiej strony to dobrze, że nie przyszła na czas. Przynajmniej mogę poukładać sobie w głowie, to co muszę jej powiedzieć. Myśli... myśli muszę je dobrze ubrać w słowa. Słowa... słowa czasem ranią bardziej niż czyny. Dzwoniąc do niej działałem pod wypływem impulsu. W tamtej chwili nie myślałem o konsekwencjach, tylko działałem. Nie zastanawiałem się nad tym co będzie, jak jej to powiem. Ale jest już za późno, aby się wycofać. Nie ma odwrotu.

Po 15 minutach zjawiła się moja dziewczyna, Hannah Sweet. Eh, jak to nazwisko do niej pasuje. Wygląda jak cukierek. Ubrana w  sukienkę, w kolorze jaskrawego różu i butach o tym samym odcieniu szła w moją stronę. Gdy podeszła nachyliła się, aby mnie pocałować, a ja szybko wstałem i stanąłem przed nią. Ona nie zdziwiła się moją reakcją. Po prostu usiadła i się sztucznie uśmiechała. 

Dobra raz się żyję. Jak jej tego nie powiem będę dalej krzywdził siebie i ją. Jak i nasze otoczenie. Nie mogę. Nie pozwolę na to!

-Hannah, słuchaj.- zacząłem, wziąłem oddech i ciągnąłem dalej- Chodzi o to, że ja... ja już tak nie mogę dalej. Nie możemy tego ciągnąć.- wydukałem, a ona jakby nigdy nic siedziała dalej i się uśmiechała, nie zrozumiała?

-Ale o co ci chodzi? Źle wyglądam?- zapytała. O rany! Nie wiedziałem, że ona taka tępa jest.

-Co? Nie mów, że nie zrozumiałaś. To koniec. Koniec z nami. Zrywam z tobą.- powiedziałam, lekko podnosząc głos. W jej oku zakręciła się łza, która powoli zaczęła spływać  po jej policzku, ale w mgnieniu oka starła ją koniuszkiem palca, po czym wstała i patrząc mi prostu w oczy zapytała:

-Ale dlaczego? Było nam razem tak dobrze.

-Nie, to nieprawda. Dusiłem się.My do siebie w ogóle nie pasujemy. Spójrz na siebie i na mnie. Jesteśmy z innych światów. Nie mam wspólnych tematów do rozmów. Nic nas nie łączy. Mnie też to boli i wiem, że....- przerwała mi:

-Nie! Ty nic nie wiesz. Ja cię kocham. A ty...

-Ale myślisz, że mi nie jest ciężko?

-Ciężko to ci dopiero będzie. Teraz to lepiej uważaj. Zapłacisz mi za to. Będziesz mieć małą niespodziankę. Ja się już o to postaram osobiście. Będzie cię bolało tak jak mnie, albo jeszcze gorzej. Z pewnością ucierpisz i to trwale. Cześć.- odeszła.

Mam ją z głowy? Czy to dopiero początek problemów? Ona mi groziła? Czy mi się tylko wydawało? A z resztą, cieszę się, że jestem już wolny. Jeden problem z głowy...


*narrator*

Aha. Na pewno. Nie ciesz się za wcześnie. Wszystko się okaże wkrótce...




Witajcie! No to mamy rozdział pierwszy! 

Jak się wam podoba? 

Może jest trochę nudny i krótki, ale obiecuję, że opowiadanie się rozkręci.

Obiecuję więcej akcji.

Wiem, że piszę trochę nie po kolei, bo nie pojawiła się jeszcze główna bohaterka, ale na wszystko przyjdzie czas i pora.

Proszę o komentarze.

To bardzo ważne dla mnie.


CZYTASZ = KOMENTUJESZ

5 komentarzy= nowy rozdział